Moje Stairway to Heaven po raz drugi

Skąd wiadomo, że dopięło się szczytu, że osiągnęło się sukces? Tak, musi być jakiś cel – bo jeśli nie wiemy dokąd zmierzamy, nigdzie nie dojdziemy. Ale czasami po drodze przechodzi się też mniejsze, równie ważne szczyty, o których istnieniu nawet nie wiedzieliśmy…

Czy sukcesem jest przejście 42 km po górach w ciągu 36h po tym jak rok chodziło się o kulach, a potem 4 lata spędziło prawie bez ruchu? Czy sukcesem jest wspinaczka po pionowych skałach, gdy pół życia walczyło się z lękiem wysokości a drugie pół wierzyło, że ma się zbyt ciężki tyłek żeby go kiedykolwiek udźwignąć na własnych rękach? Czy sukcesem jest przejście dwóch bardzo trudnych, ponad ośmiogodzinnych tras, kiedy pierwszy hike przeszło się pół roku temu, a prawie każdy późniejszy (jednodniowy) kosztował przynajmniej dwa dni regeneracji i bólu całego ciała? Czy sukcesem jest wspięcie się w dwa dni na w sumie ponad 3000m? Czy sukcesem jest zaliczenie do ekipy, która pójdzie dalej na szczyt, z doświadczonymi ludźmi, których spotkało się pierwszy raz w życiu (a reszta ma schodzić już teraz)? Czy wreszcie sukcesem jest pokonanie bólu tak ogromnego, że aż do wymiotów (pierwszego dnia miesiączki spóźnionej o dwa tygodnie) i mimo to dalsza wspinaczka?

Od kiedy zaczęły się problemy z kolanami, najbardziej bałam się schodzenia. Każdy krok w dół był asekuracyjny, wolny, bolesny. Na ostatnich wycieczkach zawsze z zazdrością patrzyłam na ludzi, którzy zbiegali z góry. Sobie i innym tłumaczyłam, że to pewnie bardziej mentalne, niż fizyczne, bo rok spędziłam tylko czekając od jednej operacji na kolejną, i o kulach, i teraz limit siedzi w głowie bla, bla, bla… Ale tak naprawdę nigdy nie wierzyłam, że kiedykolwiek będę mogła schodzić szybciej. Po prostu było mi głupio i jakieś farmazony musiałam gadać.

Wczoraj na Stairway to Heaven, kiedy dotarliśmy już do ostatniego punktu przed stromym, trudnym, znielubionym z poprzedniego razu (kiedy przyszłam na samym końcu) zejściem:
Zjedliśmy obiad, reszta ekipy bezgłośnie się martwiła, czy zdążymy przed zachodem słońca z moim tempem. Nikt nawet nie zaprotestował, kiedy powiedziałam, że już będę ruszać, bo pewnie i tak za chwilę mnie dogonią. Ból zelżał, byłam pierwsza, nikogo przede mną, ale cholera, cała reszta ruszyła już kilka metrów za mną… Przez kilka sekund byłam zła, dlaczego nie dali mi jeszcze chwili? Nie mam teraz żadnych szans na utrzymanie kroku z nimi… Będą na mnie czekać.

SKUP SIĘ, IDŹ.

Przestałam słyszeć ich głosy, liczył się każdy krok. Odwróciłam się dopiero po kilkuset metrach, żeby ze zdumieniem zobaczyć, że reszta jest daleko w tyle. Bałam się zatrzymać, bo jak mnie dogonią, to znowu nie dam rady iść z nimi.

Ej… ale przecież idę dużo szybciej niż oni.

Muszę spróbować, czy naprawdę.

Poczekałam. Dalej ruszyliśmy razem. I za chwilę znowu byłam z przodu. Piotrek powiedział, że jest pod wrażeniem tempa i że poczeka jednak na dziewczyny. Ahmed ze śmiechem, że chyba powinnam zwolnić. Kolana mnie nie bolały, wręcz przeciwnie, czułam się jakbym leciała. Na koniec doszłam jako pierwsza.

Udało się. Naprawdę się udało.

 

DSC_0214.JPG
Tak, tam daleko z przodu to ja.
Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s