Bombaj, 24-25 czerwca 2016

on

W Bombaju cały czas padało (nie lubię nazwy Mumbaj, więc będę pisała Bombaj). Właśnie zaczął się sezon monsunowy i wszyscy wylegli na ulice ciesząc się z piewszych deszczy po nieznośnych upałach. Z tego powodu skończyło się też pyszne lokalne mango. Takie, którego nie da się eksportować. Naszczęście mama Shwety zachowała kilka dla nas i miałyśmy okazję zjeść mango tak słodkie, że aż nie chciałam uwierzyć, że nie ma dodanego cukru.

Pierwszy raz byłam w Indiach półtora roku temu. Stwierdziłam wtedy, że będzie to też ostatni raz. Że nawet jeśli są gdzieś piękne miejsca w Indiach, to co najmniej tyle samo wartych zobaczenia miejsc jest też w reszcie świata, i że najpierw odwiedzę je wszystkie, zanim znowu wrócę do Indii. Teraz myślę, że jak ktoś nad uchem ciągle narzeka i ma negatywne nastawienie, to nawet z Tajlandii będą kiepskie wspomnienia…

Wtedy też wylądowaliśmy w Bombaju i też cały czas był z nami ktoś “stamtąd”, też jedliśmy u kogoś w domu i też mieliśmy zaserwowaną “zeuropeizowanę” wersję Indii. Wtedy widzieliśmy tylko śmieci i masy przepychających się we wszystkie strony ludzi, nieustający hałas trąbiących samochodów, wszechobecny smród, korki, okropne jedzenie, biedę, syf nie do opisania, rozwalające się coś-co-w-Indiach-nazywa-się-budynkiem-a-naprawdę-jest-zlepkiem-wszystkiego-co-akurat-leżało-obok… Nawet morze miało kolor brudu.

Teraz chodziłyśmy po pięknych uliczkach ze szpalerami wysokich zielonych drzew, jeździłyśmy rikszą w strugach ciepłego deszczu, a Shweta opowiadała jak wszystkie pierwsze pocałunki i pierwsze miłości miały szansę na chwilę intymności właśnie tam, w tych malutkich rikszach w porze monsunowej, kiedy można było zasunąć “chroniące od deszczu kotarki”. Widziałyśmy jak ci, choć najbiedniejsi, ubierają się najkolorowiej i najszerzej się uśmiechają. Jak post-angielska architektura wsiąkła w hinduską rzeczywistość przyrastając o śmieszne konstrukcje albo kolorowe ozdoby. Piłyśmy czaj (słodka herbata z mlekiem i przyprawami) w przytulnych małych knajpkach i biegałyśmy przemoczone od drzewa do drzewa, żeby się zorientować że to i tak nic nie daje. Jadłyśmy owoce i inne rzeczy, których nie umiem nazwać, prosto z ulicy. Całe miasto intensywnie pachnie, i ok, czasami jest to nieprzyjemny, ale w większości niesamowity, przepełniony kadzidłami, owocami, przyprawami, dymiący i pełny zapach. A wzburzone morze miało teraz ładny szary kolor 🙂

IMG_2388IMG_2386IMG_2409IMG_2444

 

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s