Al Hoota, Oman, 24 lipca

on

Od ostatniego wypadu w góry minął już miesiąc i bardzo się ucieszyłam, kiedy Omar zaproponował nową trasę. O tej porze roku ciężko się tu gdziekolwiek wybrać. Wszędzie jest straszliwie gorąco, nawet w górach na wysokości ponad 2000m n.p.m. temperatura nie spada poniżej 30 stopni. Jedyna różnica jest taka, że wieczorem można sobie usiąść na zewnątrz, wypić piwo i nawet posiedzieć w (cienkim) długim rękawie. W Dubaju to się nie uda jeszcze przez kilka miesięcy.

Nowa trasa Omara nie istniała na żadnej mapie jako oficjalny szlak, została przez niego przestudiowana na Google Earth pod kątem ukształtowania terenu i całkowitego wzniesienia. Większość oznaczonych tras zaczyna się lub kończy na niskich wysokościach, czego chcieliśmy uniknąć. Omar ściągnął wszystko na aplikację w telefonie i według tego miał nas poprowadzić.

Na początku szło nieźle, zaczęliśmy w tym samym punkcie gdzie zaczyna się W10, żeby zaraz potem odbić i podążać zgodnie z GPSem Omara. Po około 4 godzinach dotarliśmy do punktu, z którego wydawało się, że dalsza droga jest bardzo trudna lub prawie niemożliwa. Ekipa była sprawna, zaledwie siedem osób. Tylko jedna osoba odstawała (była z nami po raz pierwszy, a (jej) chłopak trochę przeszacował jej możliwości), dlatego porywanie się na nieznane mogło nie być najlepszym pomysłem. Szczególnie biorąc pod uwagę, że tą samą drogą trzeba jeszcze wrócić.

Mimo marudzenia i niezdecydowania części grupy, Marina i Anne (z Niemiec) nie bardzo chciały się poddać i szukały jakiegoś wyjścia. To był hike “odkrywczy”, być może przez nikogo wcześniej nie zrobiony, więc całkiem możliwe, że dalsza trasa nie istniała. Ale Marina się uparła, pobiegła dalej i po dziesięciu minutach krzyknęła, że znalazła przejście. Anne nie miała zamiaru zostawić jej samej, a że reszta grupy jakoś nie mogła podjąć decyzji, szybko wzięłam od Paula walkie-talkie i pobiegłam za oddalającymi się Niemkami. Faktycznie trasa się znalazła, w niektórych miejscach była nawet oznaczona białą farbą i stożkami kamieni. Szczyt estymowałyśmy jeszcze na jakieś 40-50 minut przed nami. Sprawdziłyśmy ile mamy wody, dziewczyny były zdeterminowane, więc przekazałyśmy informację reszcie (nie zdecydowali się iść z nami) i ruszyłyśmy.

Z małymi potknięciami, włączając zgubienie trasy w drodze na szczyt i przedzieranie się przez niebywałe w tych rejonach krzaczory oraz moje zawroty głowy i powolne ruchy, w końcu w trójkę dotarłyśmy na górę.

W drodze powrotnej, kiedy trasa nie była już oznaczona, prowadziłam według Garmina i zegarek sprawdził się wyśmienicie! Do punktu startowego dotarłyśmy po 11 godzinach i 21 km hike’u głodne i dumne z osiągnięcia. Nie powiem, że rozdzielenie z grupą było najmądrzejszą decyzją w moim życiu, ale byłam wcześniej w górach z Anne i Mariną, ufałam wiedzy i umiętnościom Anny oraz sile i wytrzymałości Mariny, więc cieszę się, że się udało.

 

fot1. Po lewej Marina, Anne i ja, a po prawej antena na szczycie.

All the boys happened to wear blue shirts
fot2. Chłopaki bez umawiania się zaprezentowali się wszyscy w niebieskich koszulkach.

fot3. A po tych kamieniach (cienkich prawie jak papier) na odkrytym zboczu, przez które ciągle przewalały się masy wiatru, szło się jak po szkle. Nawet dźwięk wydawały taki sam.

IMG_2692
fot4. Sporą część czasu szliśmy takim ładnym brzegiem góry. 

fot 5. Widoki

2016-07-22 17.03.36.jpg
fot6. A tu prezentacja jak pięlnie Garmin pokazał trasę powrotną (powinnyśmy podążać zieloną linią – to szlak, który przebyliśmy wg GPSa Omara, ale akurat w tym miejscu wybrałyśmy z dziewczynami wygodniejsze przejście – czarna linia).

 

 

 

 

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s